„Będziesz miała żabę w brzuchu” powiedział wątłej postury pan doktor. „A jak dalej będziesz pić wodę z kranu to ta żaba urośnie i będzie ci rechotać w brzuchu cały czas”.

To już nie są żarty, pomyślałam. Moja 6-letnia głowa zaczęła wysnuwać najgorsze obrazy z tej diagnozy. Szukałam jeszcze przez chwilę ratunku w oczach mamy, ale bezskutecznie, w sumie i tak dobrze, że nie wspomniała o wodzie z kałuży, którą w ramach eksperymentów podwórkowych popijałyśmy z koleżanką. Przecież to tylko żaba, pomyślałam, oswoi się jak liski na polanie i mrówki w kafelkach kuchennych…

To zdarzenie wraca jak bumerang, odbija się swoim natręctwem jak mucha w pokoju z zamkniętymi oknami. Bo to żaba przecież, żaba rośnie w brzuchu, a jakże!

Nazywana kulą, kłębkiem, splotem, spięciem. Kumulacja emocji, ośrodek dowodzenia ciał niebieskich, fizycznie odczuwalna epopeja wszystkich doznań i bezwarunkowych upadków. Jak kolejny organ, skrycie rośnie, domagając się więcej pożywienia. I tak już 24 lata z hakiem licząc od wróżby z żabą. Ropuchą wstrętną.

Nie pozwala spać to zwierzę nieoswojone, jak ptak o zbyt dużych skrzydłach wciąż drażni wszystkie organy wewnętrzne. A pomimo tego wstać trzeba. Mozolny ruch powieką wykonać, słońca wypatrywać jakby ta ostatnia przystań ciepła miała cokolwiek zmienić.

I zmienia. Powoli, uparcie drąży korytka wzruszenia, dobroci, małych gestów. Ten majowy bóg wytrącony z nieba kwiaty daje, liście świeże, kolorami swymi dobrocią dla oka się stając.

Dlatego Maju, nie odchodź. Nie daj się burzliwym czerwcom, dusznym lipcom i wciąż naburmuszonym sierpniom. Weź trochę urlopu na bakier z kalendarzem, zbuntuj się jak na bohaterów przystało.

Stać Cię na to, takiś piękny przecież.