Pojawiają się one. Suche, czerwone, rozległe. Wiesz, że to nie chwilowa wysypka, doktor Google zdążył ci już oznajmić, że to z pewnością coś, o czym nie miałeś do tej pory pojęcia. AZS, ŁZS, ekspozycja i bynajmniej nie chodzi o wystawę muzealną. Studiujesz z zapałem neofity porównywalnym do czasów gdy miałaś zdrowie iść na wykład zaraz po wyjściu z całonocnych obrad o tym, który autor miał racje. Chodzi o Twoje dziecko więc zagłębiasz się w odmęty tej tajemnej wiedzy, która wciąga, wchłania, przeżuwa by na końcu wypluć zmęczonego rodzica z poczuciem, że większej pustki w głowie już chyba nie może być.

Wszelkiej maści alergie i choroby skórne to koszmar każdego rodzica. Wiedziałam, że to nie jest za fajne, ale sorry! dopiero jak jesteś w czyjeś skórze, a raczej skórze swojego dziecka to wiesz z czym to się je. Że to nie jakieś tam krostki, które znikną. Że to nie jedna wizyta u dermatologa, która rozwiąże wszystko. I że nie wystarczy po prostu zrezygnować z tych czy tamtych produktów. Sorry, ale zmienia się Twoje życie i oby na czas bliżej określony bo nikomu nie życzę pałowania się z alergią przez całe lata. Jest tylko jeden szkopuł: rzadko się zdarza, że to cholerstwo mija z wiekiem.

Obserwując ilość osób piszących o problemach skórnych, bolących brzuszkach niemowląt, nadmiernym ulewaniu czy o kupach we wszystkich kolorach tęczy to mam wrażenie, że problem alergii dotyka coraz więcej osób. Potwierdziła to dermatolog do której się wybraliśmy z Chimuraszczym. Ogromna ilość przetworzonej żywności, brak higieny życia psychicznego, chemiokosmetyki. Wszystko w imię lepszego życia, pozornie wygodniejszego, pozornie zdrowszego. A teraz płacimy nasze koszty cywilizacyjne, płacą nasze dzieci, mój syn.

Nigdy jakoś specjalnie nie byłam fanką zdrowego trybu życia, ale umiar potrafiłam zachować. Nie jestem hardcorem gotującym wszystko samodzielnie, a po pęczek warzyw chodzącym zawsze na targ. Nie jestem też lekkoduchem, w spokoju pożerającym tablice Mendelejewa. Przetworzonej żywności nie trawię, słodkich napojów nie lubię, słodycze mnie nie kręcą. Umiar, we wszystkim umiar. Pomimo w miarę zbilansowanej diety, dbania o psyche & ciao ciało i tak nie masz do końca wpływu na to, czy Twoje dziecko nie będzie borykać się z alergiami. Sorry, takie mamy czasy. Sorry, ale może wujek Twojego dziadka kichał każdego lata, a ciotka klotka skarżyła się wykwity skórne. Kiedyś ludzie z tym żyli, nie mając pojęcia o azeesach, ełzeesach i esach floresach. Może Twoje dziecko dostało bagaż genów z którym musicie podróżować teraz wspólnie.

Niestety nie mam na tyle wiedzy o AZS, którą mogłabym publicznie eksponować nie obawiając się o lincz osób, które znają się trylion razy lepiej w temacie. Jednak czuję, że tak jak kiedyś będąc raczkująca w wiedzy o laktacji, a szczególnie o karmieniu piersią INACZEJ, po czasie stałam się ninja-karmicielem (8 miesięcy karmienia KPI, ciągłe zastoje, zapalenia i walka o mleko czynią ze mnie mini specjalistę, prawda? ;). Tak i tym razem czuję, że poszerzę swoje wykształcenie o dodatkowy fakultet z dermatologii, gastrologii, a przy okazji zrobię specjalizację ze zdrowej żywności. Nie wiem gdzie będziemy za kilka tygodni, miesięcy. Czy to dziadostwo się odczepi od mojego synka, czy też będziemy się mierzyć z dziadem przez kolejne lata naszego życia. Zobaczymy. Póki co wracam do kuchni przygotować jakieś smakołyki dla mamy karmiącej małego alergika. Przepis niebawem – stay tuned!