Był sobie mały chłopiec, który lubił odległe krainy, dzikie zwierzęta i opowieści swojej mamy. Im bardziej poznawał świat tym mocniej do niego docierało, że o niczym innym nie marzy jak o bieganiu z wiatrem, szukaniu skarbów oraz kolekcjonowaniu patyków i kamieni wszelkiego rodzaju.

Codzienna przygoda dla chłopca rozpoczynała się w pojeździe czterokołowym, nieopatrznie nazywanym przez mamę wózkiem. Tylko mały chłopiec wiedział, że to turbo magiczny pojazd z wieloma bajerami, ale to była tajemnica skrywana przed światem. Co prawda domowe futrzane stworzenia czuły jego wyjątkowość i raz po raz kładły się w pojeździe zwinięte w kuleczkę co z kolei mamę doprowadzało do niezrozumiałego dla chłopca rozgniewania.

Chłopiec lubił swój pojazd, mrużyć oczy do słońca, nasłuchiwać kłótni wróbli w pobliskich krzakach i oglądać migoczące w słońcu drzewa. Tradycją już się stało, że każdego dnia mama chłopca opowiadała mu o krainach, które chłopiec miał zobaczyć w przyszłości i o dziwnych stworach, które owe miejsca zamieszkują. I tak z mamą podróżowali już po starożytnym Egipcie na garbach wielkich i pachnących spalonym słońcem wielbłądach, przemierzali z królem mórz wszystkie cieśniny i rozkoszowali się widokiem delfinów, meduz oraz pięknem raf koralowych. Oczami wyobraźni podglądali młode lwiątka na dzikiej sawannie i karmili liśćmi dostojne żyrafy. Byli też w Australii, gdzie mama opowiadała chłopcu historie owiec Merynosa, które niestrzyżone zarastają tak gęsto, że wełna zasłania im oczy i pyszczek.

Chłopiec w czasie tych podróży zawsze się rozmarzył, w skrytości swej natury niczego bardziej nie pragnąc niż zobaczenia tych wszystkich zwierząt na własne oczy. Świat był taki ciekawy! Tymczasem Babcia chłopca zabierała go codziennie na wędrówki w okoliczne rejony. Wiele razem widzieli, o niektórych rzeczach nawet nie mówiąc mamie, która by nie zrozumiała jak Babcia, że kawałek patyczka przyniesiony do domu to zagubiona różdżka wielkiego czarodzieja…

Niespodziewanie, codziennie wycieczki małego chłopca musiały zostać przerwane. Niestety, ale Pani Wiosna, pierwsza  w roku małego chłopca miała wyjątkowe poczucie humoru. Przytuliła świat w swe ciepłe ramiona by za chwilę niczym naburmuszona panna uciec, oddając władzę w ręce Kawalerom Wichrom i Panom Nachmurzonym. Chłopiec doskonale wiedział co ta szarość za oknem oznacza.

W zmartwieniu chłopięcym mijały kolejne noce i dnie bez wycieczek gdy pewnego wczesnego ranka, kiedy mama jeszcze była w objęciach Morfeusza, pojawiła się ONA. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak udało się jej wejść do pokoju małego chłopca, ale gdy tylko się pojawiła wszystkie zabawki zamarły i w milczeniu nasłuchiwały…

Hoo Hoo! Witaj Joachimie! – zahukała ogromna sowa wędrowniczka.

Wiii…wiitaaj sowo – wyjąkał mały chłopiec.

Hoo Hoo, przyjacielu, słyszałam, że potrzebujesz naszej pomocy. Z odległej Australii zwołali mnie bracia Merynosy. Słyszeli od dobrych wróżek, że Pani Wiosna obrażona w kącie u Pana Mroza siedzi i nie ma zamiaru wyjść, prawda to?


Yyyy…chyba, chyba taak – z jeszcze większym przejęciem wyszeptał mały chłopiec.

Hoo Hoo! – donośnie zahukała sowa. A więc to wszystko prawda!

Zatrzepotała skrzydłami, skubnęła dziobem w kilku miejscach gdy nagle chłopiec zauważył małe zawiniątko.

To dla Ciebie Joachimie. Prezent od braci Merynosów. Szepty wiatrów północnych im doniosły, że jesteś bardzo ciekawym małym chłopcem, ale przez kapryśną Panią Wiosnę nie możesz jeździć na swe ulubione wycieczki. Owce stadnie zadecydowały, że podarują Ci ciepło swej wełny. Dzięki temu będziesz mógł nadal zwiedzać kolorowy świat!

Błysk w oku chłopca pojawił się natychmiast, policzki ciepłem napłynęły z przejęcia, a kąciki ust same uniosły się w szczery, radosny uśmiech.

Dziękuję! – krzyknął radośnie chłopiec.


Do usług młodzieńcze, do usług. Do zobaczenia Hoo-Hoooooo…

Sowa rozpostarła swe ogromne skrzydła i w przedziwny sposób znalazła się po drugiej stronie okna, gdzie chłopiec widział już tylko znikający w oddali punkt na tle jaśniejącego nieba. Mama właśnie zaczęła przecierać oczy z niewyspania gdy dostrzegła małego chłopca jak radośnie kopał nóżkami o materac zapatrzony w okienny krajobraz. Nic nie wzbudziło maminych podejrzeń o niespodziewanej nocnej wizycie, nawet moment gdy jednym ruchem ręki zgarnęła do kosza garść zużytych chusteczek i piórko zgubione przez magicznego ptaka…


Ciepłe, ręcznie robione ocieplacze, które dotarły do nas od Hoo-hoo Handmade pokochałam od razu. Nie krępują ruchów, można je nosić do każdych spodni czy leginsów zakładając jedynie lżejsze butki wiosenne. Idealne na taką rozkapryszoną pogodę! 🙂 Do tego bardzo lubię dobrze wykonane produkty, a szczególnie te robione z pasji. 100% wełna z Merynosów i karteczka z odręcznie (!) napisaną instrukcją jak prać ocieplacze mnie po prostu rozbroiła. Hoo-hoo Handmade – dziękujemy!

Kochani, mam dla Was prezent 🙂 Na hasło SMOKOWISKO wszystkie cudowności od Hoo-hoo ze zniżką -10%! A jest w czym wybierać – od czapek, kominów, spodni i bluz dla małych odkrywców. Zamówienia można robić na Facebooku lub na blogu pracowni TUTAJ. Promocja trwa do końca kwietnia 2015.


HooHoo4

HooHoo

HooHoo5

HooHoo6

HooHoo2

HooHoo8