38, 38,5, 39, 39,5, 40. Stopni. 2, 4, 8,12, 24. Godzin. Nerwowo zerkasz na zegarek siląc się w tym momencie na wyższą matematykę i obliczasz za ile minut będziesz mogła podać kolejną dawkę leku. Nic nie pomaga. Kolejna godzina, minuta, sekunda, wieczność! Czas, w którym zdajesz sobie sprawę jak śmiesznie małe są te wszystkie nerwutki, którymi na co dzień się przejmujesz.

Nad ranem biegniesz na izbę przyjęć, po drodze, w jakimś absurdzie myślisz o wszystkich rzeczach, które mogłabyś zrobić żeby tylko zabrać z tego małego ciałka to toczące się choróbsko.


Pracować przy filetowaniu sardynek na nocnych zmianach? No problem.

Zjeść tonę kminku, którego tak nienawidzisz? Ze smakiem.

Oddać wszystkie książki, które tak lubisz? Z dowozem.

Żyć z ciągłym zadziorem na paznokciu? Z przyjemnością.


Wszystko. I pisząc to mam na myśli naprawdę wszystko. Niby zawsze to wiesz, ale zdajesz sobie z tego sprawę dopiero jak patrzysz na lekarkę na izbie przyjęć, która masz wrażenie, że dopiero co zdała ostatnią sesję na studiach medycznych, a słuchając jej, nabierasz pewności, że niekoniecznie sesje zaliczoną z najlepszymi wynikami. Słyszysz tylko, że nie ma miejsc w szpitalu, że to może być angina, zapalenie gardła, trzydniówka lub cokolwiek innego. Że paracetamol trzeba podawać i czekać. A że wymiotuje? Oj tam, oj tam, przecież dzieci wymiotują. A że badania krwi trzeba zrobić? No tak, tak, laboratorium otwierają za godzinę, państwo przecież mogą poczekać w samochodzie (na dworze -5). Nie, nie, szpital nie wykona badań krwi bo skoro już państwo mają skierowanie od pediatry to my nie mamy nic do tego…

Niemowlę 7 miesięcy, trzecia doba gorączka 40 stopni, nie je i mało pije, do tego wymiotuje Ci wszystkim co wypiło i Bóg wie czym jeszcze. Stoisz spokojnie słysząc to wszystko? No tak, bezradność Cię skutecznie paraliżuje. Widzę tylko, że oczy Pana Taty krwią się zalewają, ja już znam ten wyraz facjaty Niemęża, chłodny, skupiony. Jak dzikie zwierzę przyczajone do skoku. Proszę wzrokiem, że nie ma sensu, że choćbyśmy wszystkich w szpitalu zawlekli przed oblicze szefa szefów eNeFZetów i głów państwowych to teraz liczą się fakty – nie mogą, nie chcą, nie są w stanie nam pomóc – musimy sobie sami radzić. W Polsce to nie nowość, niestety.

Wracamy do domu, podajemy co trzeba, dwoimy się i troimy by ulżyć. Na ratunek przybywa Babcia i Ciocia. Lulają, głaszczą, tulą. Ja mam chwilowo wstęp wzbroniony bo za każdym razem jak Chimuś widzi rodzicielkę to żalić się niesamowicie zaczyna, ustka w podkówkę robiąc, smutne buuuu z tych ustek wydobywając. Pytam się Mamuś o co w tym chodzi, czy ja robię coś nie tak? Mamuś mało co nie padła… ze śmiechu.

„Dziecko, przecież Ty jesteś mamą, do kogo Joachim ma się żalić, jak nie do mamy…”

Mama Mamy ma zawsze rację.


Chorowitek

Nawet Fender dawał ze sobą zrobić wszystko – łącznie z nurkowaniem Chimciuraszczka w futrze 🙂 Nie pytajcie ile rolek do odsierściuszania później zużyłam by doprowadzić młodzież do porządku…

Chimuś&Fender4