Byliśmy w Norwegii setki razy. Raz fizycznie i trylion razy myślami, again and again. Zawsze ten sam scenariusz. Mamy mały domek na płaskowyżu, gdzie Lynch opowiada dzieciom bajki na dobranoc, a owce przychodzą skubać rukole razem z nami na śniadanie. Mamy kożuchy i gliniane garnki, za nic kolejną wersję play station, heloł kity i myszke miki. Chichramy się po cichu gdy inni snują historię swojego życia inaczej, robimy kuksańce w boczki tym, co siedzą zbyt smutni. Wiersze same się piszą, a my patrząc sobie głęboko w oczy wciąż opowiadamy świeżą historię naszej miłości.

Joachim za przyjaciela ma wiatr i kamienie. Koty dzikość i wolność odzyskują. Wstajemy ze wschodem słońca (sic!), martwi nas za długo zalegający śnieg wiosną i za wolno fermentujące sery. Domowej roboty offkorse. Kawę parzymy z namaszczeniem, odkładając nierówne ziarenka na bok. Mamy czas, nie spieszymy się.

Muffinki zawsze są mokre od roztapiającej się czekolady, wyciągnięte chwilę temu by w słońcu dojrzeć ostatecznie. Kakao samo się robi, a Chimcio pałaszuje kaszę jaglaną w każdej postaci. Śmiejemy się ze skandynawskiego designu i mody na drwala.

Za nic mamy fakt, że wszystko płynie, a platońskie odbicia podziwiamy siedząc w kuckach przy kępach trawy.


Kiedyś na pewno tam zamieszkamy.

Norwegian story

1208490_608955725822181_781292584_n

NorwegianStory

1150330_608955785822175_1278677885_n

993369_608955755822178_707801117_n


Dla kurażu.