Mięsny. Idę do kawałki jędrnego indyczka by wyczarować jakąś papelajdę jednogarnkową i mieć problem obiadu z głowy na kilka dni. Wchodzi on, wita się na cały sklep:

Dzień dobry, choć drogie panie zobaczymy czy będzie taki dobry!

I już wiem, że to ten typ, z którym nie wytrzymałabym nawet jednej godziny, ba! 10 minut w jednym pomieszczeniu. Szybki rekonesans – uciekać od razy czy szybciorem kupić i spylać udając, że się nic nie słyszy. Comber króliczy mnie zatrzymał, pytam pani czy dobry, czy na zupkę się nada, gdy nagle w prawym uchu słyszę:

Ooo, comber, comber, luksusowo, dobre to mięsko, ale za luksus się płaci, króliczki to nie kurczaczki, drogie to drogie, wie pani?

Przepadłam. Odwracam się, półgębkiem mruczę, że wiem, wiem, ale to dla syncia (dżi! po co ja się tłumaczę, wdaję, odpowiadam!).

A bo z dziećmi to tak już jest. Bo panie drogie, ja też mam w domu małoletniego, 3 miesiące właśnie skończył i takie króliczki to kupować będę, sam gotować będę i karmić. Bo drogie panie, wszyscy się dziwią, że ja taki opiekuńczy, widzi pani, w poznańskiem (!) z żoną pojechał i sam butlą karmił, a ludzie przystawali i nadziwić się nie mogli, że ojciec a takim maluchem się zajmuje. (i tutaj obrót o 180 stopni, w moją stronę leci puszczone oczko, znak porozumienia parentignowego, czy kurna mać nie wiem co).

W popłochu szukam portfela, zapłacić, wyjść, uciec jak najszybciej. Czekam. Mój indyk zawisł między ladą rodzicielskich wyznań:

Pan: Bo ja kochane panie taką mam naturę, że i posprzątam i ugotuje, moja żona, panie drogie, to narobić się nie musi, ja jej zawsze pomagam.

Sprzedawczyni #1: Panie, ja raz męża zostawiłam z synkiem…tragedia! Dom zapuszczony, dobrze, że chociaż dziecko coś tam jeść dostało.

Sprzedawczyni #2: Hahah, ja gdybym na dwa tygodnie zostawiła chatę to później przez miesiąc bym nie mogła dojść do ładu.

Wychodzę, ale myślami jestem w mięsnym. Ja wiem, że mam dziecko z promocji, Pana Tatę w gratisie dostałam z ekskluzywnej półki zanikających eksponatów. Ja wszystko wiem, rozumiem. I że zwykle żona domem się zajmuje, a mąż na niego pracuje. Że kobiecym obowiązkiem jest zastąpić w obowiązkach około-domowych, około-dzieciowych wszystkich wokoło, z mężem na czele. Że wszystkie krzykliwe feministki fajnie się ogląda w tiwi, ale obiad na stole i tak być musi.

Sęk w tym, że nie musi.

Nie będę się rozpisywać o zaletach związków partnerskich, przekonywać tych, co uważają, że takich nie ma – w myśl zasady, że jak facet w kuchni buszuje to baba nie facet. Nie napiszę też, że partnerstwo w byciu razem to jedna z najtrudniejszych rzeczy jaka mnie w życiu spotkała i pomimo 5 roku razem mam wrażenie, że ino raczkować zaczęłam w tym temacie. Człowiek sam się ogarnąć nie może ze sobą, a tu jeszcze druga istota koło niego i dodatkowy wszechświat zdarzeń, uczuć, myśli.

Napiszę jednak, że wychodząc z tego mięsnego, pomyślałam sobie: hał laki aj em. W domu mam dwóch mężczyzn przez których jestem kochana nawet wtedy gdy marudzę, po raz setny stwierdzam, że mam gruby brzuch i żądam dowodu, że tak nie jest, a już najbardziej wtedy gdy  zadaje pytania typu „ale czy na pewno wziąłeś/zrobiłeś/załatwiłeś…”

No właśnie, zadaje pytania. Często spotykam się z opinią kobiet, że same muszą coś robić „bo on się nie domyśli, sam nie posprząta, nie pomoże”. Oczywiście, że się nie domyśli, a jak:

Sam się domyśli i zrobi, chełpiąc się później tym faktem w mięsnym – chwała mu za to.
Nie domyśli, powie mu się i zrobi – jeszcze bardziej chwała mu za to.
Nie domyśli, powie mu się i nie zrobi – zonk. Czynność należy powtórzyć do skutku chyba, że chodzi o posprzątanie mega śmierdzącej kociej kuwety, wtedy sama oszacuj ryzyko czy jest sens czekać… 🙂

Wszystko to sztuka dogadania się, ale ktoś musi zacząć ten dialog, prawda?


PanTata&Chimuś