Drogeria. Próbuję się ogarnąć na dziale wyprzedaży farb do włosów i nie nabyć ognistej czerwieni, która wyjątkowo dobrze wygląda na modelce z pudełka. Coś mi jednak nie pasuje. Odkąd weszłam do sklepu, czuję na sobie wzrok, słyszę szepty i bynajmniej nie jest to moja wyobraźnia. Aaaa, teraz widzę. Ukradkiem na mnie zerka, ona, trzymająca w dłoni małe pudełko z moją namiastką rudości, której matka natura mi poskąpiła.

Tak, świetna jest ta farba, odzywam się. Będzie pani zadowolona.
No właśnie bo ja nie wiem, tak się waham, odpowiada.

I już wiem z kim mam do czynienia. Sarna. To ten piękny typ kobiet, które w wiecznym spłoszeniu, w cieniu swoich myśliwych, potulnie skubią trawkę spoglądając z tęsknotą w dal.

Ale to naprawdę dobra farba, może nie widać na moich włosach bo trochę ostatnio kombinuję, ale jak zależy pani na głębokim miedzianym kolorze to naprawdę polecam.
A bo ja myślałam jeszcze o takim kolorze…

No i się zaczęło. Rendez-vous po farbach, niemal jak stare dobre znajome debatując która z farb będzie lepsza, jaki może dać odcień, jak różnie te same kolory wyglądają, gdy nagle…

Ale ja sama nie wiem…ja ostatnio takie włosy miałam na studiach. To może za odważnie?

Patrzę na nią. Patrzy na mnie pytająco. Przez chwilę widzę tylko piękne niebieskie oczy, właściwie szmaragdowe. Jasną cerę, trochę szarą, ale dobry krem i podkład zdziałają cuda. Spłowiały blond na włosach aż krzyczy o przepustkę. Widzę ją w rudościach jak młodnieje, jak profil jej twarzy się wyostrza, jak ona cała mówi: jestem!

Cudownie Pani będzie w tym kolorze. A jak się Pani czuła kiedyś w tych odcieniach?
Bardzo dobrze.
To nie ma co gadać, niech Pani chociaż spróbuje, przefarbować się z powrotem zawsze Pani zdąży.

Widzisz mamo, mówiłam ci, odzywa się nastoletnia córka. Mówiłam ci cały czas że to dobry wybór!

Śmiejemy się z sytuacji, ja życzę powodzenia, farba ląduje w koszyku, żegnamy się na nie wiadomo jak odległe do widzenia.

Oddalam się, ale widzę, że przychodzi on. Czarne chmury. Debatując nad lakierami do paznokci słyszę moją już prawie rudą znajomą jak z radością oznajmia.

Zobacz, taki kolor sobie zrobię, tak jak kiedyś, pamiętasz? Myślę, że będzie fajny…
Zwariowałaś? Grzmi. Wygłupisz się tylko, ekstrawagancji ci się zachciało. Grzmi coraz głośniej.

Wkurzyłam się. Skradam się między regałami by dokładnie sprawdzić oblicze pana humorzastego. Ha! To ten sam, ten sam, którego przed chwilą w banku widziałam. Ten co zażartował sobie z panią z okienka i rozglądał się na boki sprawdzając czy się przypadkiem jakoś nie wygłupił, jakby żart o funduszach inwestycyjnych był szczytem błazeństwa.

Moja niedoszła ruda przyjaciółka już się w sobie skuliła, widzę tylko cień kobiety odkładającej farbę i ruszającej do wyjścia. Przez chwilę mam ochotę za nią biec, powiedzieć, że przecież tak nie można, że przecież…no właśnie, co? Nic. Bo choćby nie wiem ile słów padło, ona czeka na to jedno, od niego. Morze łez mogłybyśmy wypłakać i alfabet zjeść na radach wszelakich, ale wystarczyłoby jedno, jedyne słowo od jej mężczyzny w tej głupiej drogerii. Tak niewiele.


W dzień w którym dowiedziałam się, że zostanę mamą chłopca moją głowę zalała seria wątpliwości. Nie wiedziałam jak sobie poradzę z wychowaniem małego dżentelmena, właściwie to byłam przerażona jak ja w ogóle wychowam swoje dziecko. Fakt, że będzie to syn przerażał mnie jakoś podwójnie.

Nadal tego nie wiem. Wiem natomiast, że małe rzeczy potrafią zdziałać cuda. Słowo, gest, jeden telefon lub spojrzenie. Od zawsze wiedziałam też, że życie należy celebrować, że w pozornie banalnym stwierdzeniu, że w życiu piękne są tylko chwile, zawiera się całe clue. Różnie mi to wychodziło – bo praca, lenistwo, bo jakoś tak człowiek zmęczony, a takie  świętowanie fajniej ogląda się w filmach. Zapominałam, nie dbałam.

Odkąd mamy Chimuraszczka wszystko nabrało innego sensu. Banalne święta urastają ze swoją celebracją do miana świąt państwowych. Gesty znaczą więcej. Słowa materializują się zaraz po opuszczeniu aparatu mowy. Powietrze jest ciężkie i lepkie od nadmiaru słodyczy. Chce mi się, jak nigdy.

Chciałabym by zawsze tak było. Cieszyć się z małych chwil gdy pozornie duże zmartwienia tłuką ci się po głowie. Ale najbardziej życzyłabym sobie mieć radość z przygodnego uśmiechu, ciekawości goździków, z kawałka sznurka i struktury liści. Z celebracji chwili. Z chwili gdy uśmiech odwzajemnia uśmiech, a jedno spojrzenie utwierdza cię w przekonaniu, że wszystko możesz.

Pisałam już TUTAJ, że dziecko jest najlepszym nauczycielem. Kiedy o tym zapominamy? Kiedy zaczynamy przychodzić do osób, które kochamy i mówimy im rzeczy, których sami byśmy nie chcieli usłyszeć. Ze strachu, bólu, egoizmu. Kiedy zapominamy, że kiedyś potrafiliśmy tak wiele, potrafiąc tak niewiele?


ddPreznet

Preznet Chimcio1

Chimcio preznet


Moim mężczyznom przesyłam ogromne całusy za ten dzień :*