Gdyby człowiek dorosły, obyty i racjonalny tak upadał. Nie po razie dnia każdego, ale w chwili co nanosekundami może być mierzona. Nie tylko raz i dobrze, jak to przyzwyczailiśmy się myśleć, że upadek dno oznacza, które namaścić trzeba palcami by silnej się odeń odbić. Żadne dno. Bo taki upadek to tylko namiastka porażki co w zapomnienie się przemienia z chwilą, gdy grawitacja z materią małych nóżek uparcie nie chce współpracować.

Gdyby tak człowiek upadał nieporadnie i z uśmiechem na ustach. Szczerzył okrągłe lico do każdego stołka, regału, kanapy, które upadek zwiastują. Rączkami tarmosząc w powietrzu i z grymasem łobuza rozciągniętym ponad mamine prośby o ostrożność. Szelmowskim błyskiem w oku przedzierał się przez równiny podłóg, gotowy staranować uparcie stojący las krzeseł.

Gdyby taką ufność w sobie mieć, która każe iść na oślep we wszystkie narożniki i ostre krawędzie wiedząc, że bezpieczne ramiona taty zdążą na czas. Wyobraźnię silniejszą niż strach, co przegania potwory z szaf, a pyłki powietrza traktuje jak małe wróżki. Gdyby tak zadzierać z odwagą głowę ku górze, nie bacząc na prawa grawitacji co za nic sobie mają chłopięcą ciekawość.

Gdyby w dorosłym życiu tak łatwe były upadki, a podnoszenie się zeń czystą formalnością.
Gdyby.


2

9

66